|
wtorek, 29 czerwca 2010
day one by another
jakos w tym roku nie idzie mi pisanie tego pamietnika... calkiem sporo sie dzialo, a ja niczego nie odnotowuje, jakby przestalo to byc dla mnie istotne, a przeciez tak nie jest. moze krotkie nadrabianie? poczatek maja - wyjezdzamy do Poznania na kilka dni, zeby odpoczac od naszego miasta i pracy. calkiem sie to nawet udaje, aczkolwiek wypad na zakupy do galerii handlowej jest nieodzownym elementem wyjazdu... koniec maja - moje kochanie ma wypadek na motocyklu. wiedzialem ze to ja predzej czy pozniej spotka, bo ona nie ogarnia zupelnie tego co sie na jezdni wokol niej dzieje i nie chce przyjac do wiadomosci tego, ze po prostu nie jest stworzona do prowadzenia pojazdow mechanicznych w ruchu ulicznym. zaraz podniosa sie glosy, ze baba za kierownica, ze dyskryminuje, itp. otoz nie. nie mam nic przeciwko kobietom za kierownicom, ale kazdy z nas zna osoby - zarowno facetow jak i kobitki - ktorym nigdy nie powinno byc dane siedziec za kolkiem, bo stanowia zagrozenie dla siebie i otoczenia. moje kochanie po prostu nie ma zdolnosci do jazdy i tyle. najwazniejsze ze nic jej sie nie stalo, ale jej stluczka popsula moj wyjazd sluzbowo-wypoczynkowy, bo zamiast sie bawic caly czas wisialem na telefonie organizujac pomoc dla niej, bo oczywiscie nic nie wiedziala co i jak sie robi po stluczce. motocykl do kasacji, szkoda calkowita przyznana, teraz pozostala walka z ubezpieczycielem o odszkodowanie, bo wrak wycenili na taka kwote, za ktora nigdy w zyciu nikomu go nie sprzeda, wiec trzeba sie odwolywac do bolu. pod koniec maja mial tez miejsce moj wyjazd sluzbowo-rekreacyjny i musze przyznac, ze bylem na czyms takim po raz pierwszy i bardzo mi sie spodobalo. cale dwa dni beztroski, zabaw i zorganizowanego czasu. gdyby nie wypadek, to bawilbym sie naprawde przednio i odpoczalbym sobie psychicznie calkiem dobrze, no ale stalo sie co sie stalo i w momencie kiedy skonczylem pierszego drinka dostalem smsa - zadzwon do mnie, mialam wypadek, ale nic mi nie jest... poczatek czerwca - wypad z mama nad morze. tego jej bylo trzeba. od dawien dawna nie wyjechala poza miasto i ciagle te same mury, ciagle te same widoki. trzeba bylo cos odmienic. mielismy jechac we trojke, ale ze kochanie mialo wypadek a wszystko bylo juz zaplanowane i porezerwowane, wiec pojechalismy we dwojke. pierwszy raz od dawna spedzilem z mama tyle czasu bez przerwy i nawet nie bylo zle. nie pogryzlismy sie i dobrze nam sie rozmawialo i milo czas spedzalo. koniec czewrca - 25.06 minely 3 miesiace od smierci babci. ciagle duzo o niej mysle i ciagle bardzo mi jej brakuje. mama zalatwila juz nowy pomnik, porcelanka zrobiona, wszystsko zostalo tak zalatione, jakby babcia sobie tego zyczyla, a nawet lepiej. znajac ja to jeszcze by narzekala, ze za duzo pieniedzy na nia wydajemy, a to przeciez niepotrzebne. otoz potrzebne babciu, potrzebne. masz bardzo ladny domek teraz i bedzie stal dlugie lata. przy okazji mama sobie miejsce naszykowala i zaklepala organizujac wszelkie formalnosci, wiec w razie czego ja nie bede mial problemow z jej pochowaniem. bo totalnym bezsensem jest fakt, ze w polskim prawie wlascicielem grobu jest pierwsza pochowana w nim ososba, a nie rodzina! i tak oto pierwszym pochowaneym w grobie mojego ojca byl jego ojczym, pozniej poszla babcia, bo to zona. ale zeby pochcowac tam ojca, to juz nie mozna bylo zrobic tego w trumnie, tylko jedynym sposobem bylo dochowanie urny, bo nie mozna bylo ustalic prawnych spadkobiercow ojczyma ojca, bo jego rodzina miala pierwszenstwo do grobu i jego rodzina mogla tylko dac zgode na dochowanie. lepiej bylo w przypadku babci, bo najpierw lezal tam maz jej rodzonej siostry, pozniej jej siostra, a na koncu ich syn. i on przed smiercia w kancelarii napisal podanie o umozliwienie pochowku babci, poniewaz on byl oststania osobom ktora mogla dysponowac grobem. i tak babcia spoczela tam gdzie chciala. a mamie umozliwiono dochowanie w urnie, czego tez chce, bo po smierci chce zeby ja spalic i tak pochowac, wiec juz wszystko ma zapiete na ostatni guzik, tylko dozyc do smierci teraz godnie trzeba. jakis wisielczy humor mam dzisiaj. do tego dzis okazalo sie, ze chyba jestem na cos uczulony. bo normalnie placze, kicham, mam katar, oczy mnie swedza, rano jeszcze zatoki i uszy mialem zatkane, normalnie jakis koszmar! pierwszy raz w zyciu plakalem po wyjsciu na slonce. do tego klima mnie w biurze wysuszyla do tego stopnia, ze ledwo zyje i zaraz lece spac. pracy nadal nowej nie znalazlem i nadal mecze sie w obecnej. z jednej strony nie jest zle, bo leniwie i pewna kasa i mila i ciepla posadka, z drugiej zero perspektyw na rozwoj. tzreba bedzie cos z tym zrobic. moze po wakacjach jakis maraton rozmow? ehhhh...
poniedziałek, 24 maja 2010
weekend afer weekend life goes on
ostatnio zauwazylem, ze nie patrze juz na dni tygodnia, ale na weekendy. to cos przed czym ostrzegali mnie w pracy, ze im dluzej sie pracuje, tym szybciej czas leci. najpierw liczysz dni, pozniej tygodnie, nastepnie miesiace az w koncu lata... ja jestem teraz na etapie tygodni. kazdy jest podobny do poprzedniego. przynajmniej 8 godzin dziennie codziennie wyglada tak samo, a rozni sie tylko to co po godzinach pracy, bo tu staram sie we wszelki mozliwy sposob jakas roznorodnosc wprowadzic. w weekendy tak samo. stalym punktem jest oczywiscie sprzatanie oraz wizyta w domu. ale cala reszta to pelna dowolnosc. oststni weekend moge zaliczyc do udanych, gdyz byl intensywny, ale naprawde fajny. sprzatanie wlasnego mieszkania, wizyta u mamy i sprzatanie u niej, obiadek rodzinny, zakupy, koncert Prodigy, urodziny kumpla, a w niedziele 300km na motocyklu, obiadek rodzinny i ostatnie zajecia z nauki tanca. wieczorem padlem jak zabity i wstalem rano powiedzmy ze wyspany. ale psychicznie sobie troche odpoczalem i to sie liczy. a teraz, coz... milego dnia i tygodnia w pracy...
poniedziałek, 03 maja 2010
28
28 lat temu przed 3-cią nad ranem głowka pojawiła się na tym swiecie, a zaraz za nią cała reszta. i tak zostało do dzisiaj. jedyna różnica to to, że to pierwsze urodziny bez babci...
czwartek, 22 kwietnia 2010
a month ago...
dziś mija miesiąc od jej śmierci. szybko zleciało. codzienność jednak dopada i nie pozwala za bardzo myśleć o przeszłości... o tej porze byliśmy z mamą już na izbie przyjęć i czekaliśmy na lekarza, bo się zapowiedział, co oznaczało że jest naprawdę źle... pierwszy tydzień do pogrzebu był ciężki, ale sporo do załatwienia było, więc jakoś dało radę. sam pogrzeb był skromny, cichy, szybki i mało tłumny. cóż... babcia wszystkich praktycznie przeżyła, więc nie za bardzo kto miał ją odporowadzać. od tamtej pory co tydzień jesteśmy z mamą na cmentarzu. jej zdjęcie mam od tamtej pory zawsze przy sobie. dziś tylko kilka łez mi poleciało po policzku, kilka razy w gardle ścisnęło, około 20-stej jak ją zabierali wszystko mi się przypomniało, jej ostatnie chwile w domu, to błędne spojrzenie które na chwilę przestało być błędne, przeszyło mnie i z pełną świadomością patrząc na mnie powiedziała że to już jest koniec... tęsknię do niej. i to bardzo. za jej głosem, krzątaniem się, rozmowami, zapytaniem: jak tam syneczku? jej ciepłym i spokojnym spojrzeniem, nawet za jej marudzeniem że coś nie tak robię albo że mam czegoś nie robic bo będzie się martwić. ostatnie kilka dni z mamą spędziłem, bo po pracy do niej na noc jeździłem. nie wiem czy ona tego potrzebuje, ale jeśli nie to ja tak i stąd między innymi moje wizyty. trzeba żyć dalej, muszę się przyzwyczaić że jej nie ma i już nie będzie na mnie czekać, nie będzie mi z okna machać jak to zawsze robiła, ale nie mogę się nie spojrzeć w górę i nie spojrzeć w to okno w którym zawsze była kiedy z domu wychodziłem. od lat tak było, odkąd pamiętam... tak bardzo żałuję, że nie spędziłem z moją babcią jeszcze więcej czasu. jaki człowiek jest głupi i jak bardzo nie widzi pewnych rzeczy, dopóki sobie nie uświadomi, że później juz ich nigdy mieć nie będzie. uważaj na siebie babciu, pamiętaj o mnie bo ja na pewno będę pamiętał o Tobie i jak możesz to pilnuj mnie tam z góry i niebezpieczeństwa odpędzaj. spotkamy się jeszcze kiedyś. życie minie niczym mrugnięcie okiem i znowu będziemy rozmawiać jak dawniej, ale wtedy nie będziesz mi juz machac na pożegnanie, bo nigdzie nie będę już wtedy odchodził.
niedziela, 11 kwietnia 2010
sobota, 27 marca 2010
najfajniejsza babcia na świecie odeszła
25.03. o godzinie 23:30 odeszła przeżywszy 80 lat moja babcia. była to jenda z najbliższych mi osób, jeśli nie najbliższa ze wszystkich. zawsze z nią knułem różne rzeczy, z nią się namiawiałem, jej o wszystkim mówiłem. była w moim życiu od zawsze. jak byłem naprawdę mały wszystkie wolne dni u niej spędzałem. kiedy byłem trochę większy zawsze ze mną na wszystkie wczasy załatwione przez mamę jeździła. kiedy nastał czas zerówki i podstawówki przez 9 lat na zmianę z dziadkiem przyjeźdzali do mnie, ciepło czy zimno, mróz czy śnigeg, upał czy deszcz, zawsze byli z samego rana aby odprowadzić do szkoły, a po niej zająć się mną abym na świetlicy nie musiał zostawać. jedynie w 1996 było inaczej, kiedy byłem w 8 klasie, bo dziadek wtedy wylewu dostał i cały rok był postawiony na głowie, bo babcia i mama zajmowały się nim. trochę inaczej było w liceum, ale wtedy ja do niej przyjeżdżać zacząłem. na studiach tak samo. był pewien okres - końcówka liceum - kiedy mniej się widywaliśmy, ale nie trwało to długo. do tej pory żałuję tych rzeczy które wtedy jako "bunt młodzieńczy" traktowałem, a były tak naprawdę zwykłą głupotą. na studiach byłem u niej co tydzień z mamą, a jak miałem luźniejszy dzień to np. na rowerze przyjeżdżałem. rozmawialiśmymo wszystkim i niczym, o rzeczach ważnych i zupełnie nieistotnych. po smierci dziadka zmieniła mieszkanie na mniejsze i od tamtej pory dla mnie je trzymała, żebym kiedyś mógł sie tam wprowadzić. po śmierci mojego ojca tak się stało. ja poszedłem tam, a ona do mamy. przez rok i 4 miesiące mieszkała z mamą. raz było lepiej, raz gorzej, ale trzymała się. do 80 urodzin. po nich zaczęły się kłopoty. najpierw z przewodem pokarmowym, później z jelitem, a na końcu ze skórą. lekarz gastrolog - tata mojej lubej - zlecił kolonoskopię, gdyż było podejrzenie że krew gdzieś do jelita się dostaje. już miała termin na poniedziałek 15.03 kiedy w piątek 12.03 zaczęły się bóle. od tego dnia aż do samej śmierci nie było jej dane położyć się. całe dnie i nice spędząła na siedząco, bo kiedy leżała potwornie ją bolało. spała także na siedząco, chociaż pół godzinne drzemki trudno nazwać snem. ból pojawił się w pachwinie. promieniował od pośladka, przez udo aż do kolana. lekarz pierwszego kontaktu stwierdził że to bóle od kręgosłupa i przepisał lek na rwę kulszową. ten jednak niewiele pomagał. mama wezwała innego lekarza, który potwierdził że ból opisany przez babcię pasuje do zwyrodnienia kręgosłupa i przepisał najmocniejszy tramal. jednak ból się nasilał. babcia nie mogła po dworze chodzić bo biodro jej od dłuższego czasu posłuszeństwa odmawiało, ale po mieszkaniu mogła swobodnie chodzić, tymczasem nagle zaczęła chodzić po o kulach. z dnia na dzień było coraz gorzej. w sobotę 20.03 moja luba była na imprezie a ja bylem w domu z babcią i mamą. wtedy ostatni raz długo rozmawialiśmy, bo nie mogła spać, więc od 22 do 1-wszej z nią siedziałem i wspominała całą swoją rodzinę, opowiadała co i jak, jak fajnie kiedyś było i jak bardzo ją teraz boli. w niedzielę również byłem w domu i widziałem że słabnie z dnia na dzień. w poniedziałek 22.03 mama w końcu wezwała pogotowie. zabrali ją o 14 do szpitala, tam o 18 zjawiła się u niej lekarka. 4 kuzwa godziny na zydlu bez zadnej pomocy czy zainteresowania. całe szczęście że mamę wpuścili i ona się nią zajęła. ja po pracy prowiant dostarczyłem. o 23 wyjechaliśmy z izby przyjęć, bo pani doktor niczego nie stwierdziła, tylko potwierdziła że to staw biodrowy ją boli. zrobili rentgeny, ale nikt nie pofatygował się zrobic najprostszych w świecie badań krwi, bo miała w miarę aktualne z 10.03. we wtorek byłem także w domu i wziąłem od mamy badania i pojechałem na ostry dyżur do mojego kumpla z liceum. on obejrzał wszystko łącznie z rentgenami i powiedział że bez badań nie może nic innego powiedzieć niż to, że babcia nadaje się do rehabilitacji i ból może być albo od kręgosłupa albo od stawu biodrowego. umówiliśmy się na piątek. jednak w środę się pogorszyło, więc umówiłem się z nim na wizytę domową w sobotę. w środę niestety nie było mnie w domu, a w czwartek jak tylko przyjechałem, to babcia się przywitała, po czym się zaczęła agonia... bolało ją cały dzień dość mocno, więc była na prochach, ale czekała na mnie, bo mama powiedziała, że zrobię zakupy i po pracy przyjadę. babcia zawsze na mnie czekała... na każde spotkanie. zapowiedziane czy nie. jak przyszedłem posadziliśmy ją z mamą na specjalnym krześle z dziurką, przeznaczonym do oddawania potrzeb fizjologicznych. zrobiła co miała, ale już nie mogliśmy jej podnieść. mam stwierdziła, że jej lewa łydka jest o 7cm grubsza niż prawa i pora wzywać pogotowie. nim poszła zadzwonić babcia zwymiotowała wszystko co tego dnia zjadła. kiedy mama dzwoniła, babcia przestała reagować na to, co do niej mówię. gdy to usłyszała raz jeszcze zadzwoniła po pogotowie aby się pospieszyli. w tym czasie babcia jakby się ocknęła na chwilę. poprawiła się na krześle, a jej błędne oczy w których chwilę temu nic nie widziałem odzyskały świadomość. spojrzała na mnie i powiedziała: to jest już koniec wnuniu, nie ma ratunku, to jest już koniec. po tych słowach zaczęła się cała trząść i znowu zaczęła odpływać. to była jej ostatnia rzeczowa wypowiedź jaką słyszałem. cały czas trzymałem ją za rękę, jakby całośc sobie zaplanowała, jakby tylko na mnie czekała aby się pożegnać... chwilę później przyjechało pogotowie. stwierdzili poważną niewydolność krążeniową i zabrali ją do szpitala. pomogłem im zapakować ją do karetki i widziałem, jak nosze z nią wjeżdżają do środka, a następnie drzwi się zamykają. to był ostatni raz kiedy ją widziałem. cały czas wołała boga i mamę, ale chyba odwrotna kolejność była, najpierw moją mamę, a później wzywała boga. była 2030. o 2200 byliśmy na izbie przyjęć. kilka minut później dzwonił do mamy lekarz - takie rzeczy się nie zdarzają jeśli wszystko jest ok. jak się dowiedział że jest już na izbie przyjęć wyszedł do niej i rozmawiali przez kilka minut o tym co się działo w ciągu ostatnich kilkunastu dni. nie pozwolili nam wejść do środka i zobaczyć babci. około północy lekarz wezwał mamę. kilka minut po północy wyszła zza zamykanych drzwi i powiedziała: babcia nie żyje... do końca wierzyłem że będzie dobrze, że coś da się na to poradzić, że da się uśmierzyć ból i lekami jakoś sprawę załatwić. mój znajomy ortopeda tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. powiedział że na biodro rehabilitacja na pewno pomoże, tylko niech ją zobaczy aby ocenić co i jak i dalej już da radę. okazało się jednak inaczej. to nie było biodro. ból był od nerek. nerki wysiadły i zatruły cały organizm. babcia trafiła do szpitala w szoku z którego lekarzom nie udało się jej wyprowadzić. umierała przez ostatni dwa tygodnie na naszych oczach męcząc się niewiarygodnie, gdyż nieleczony ból od nerek jest nie do zniesienia. ona dzielnie go znosiła. w ostatnią sobotę kiedy tak długo rozmawialiśmy powiedziała: bóg jest niesprawiedliwy, powinien dać mi umrzeć, poboli was trochę, popłaczecie po mnie, ale przejdzie a ogromny ciężar jakim dla was jestem zniknie. nie wiedziałem co jej odpowiedzieć oprócz tego, że nie jest ciężarem i żeby się dzielnie trzymała, a lekarze coś wymyślą i naprawią ją, skakać co prawda nie będzie, ale nie będzie ją bolało. bardzo chciałem aby znowu mogła się normalnie położyć i przespać, aby nabrać sił. święta nadchodzą, chciała być w dobrej formie. boże jak to boli w środku, jak strasznie boli... nie mam już czym płakać... po ojcu też bolało ale dużo mniej. teraz normalnie nie mogę się podnieść. czuję się totalnie bezsilny, bezradny i przybity. pierwszy raz w życiu nie wiem co będzie dalej... zawsze wiedziałem, miałem plany które mniej lub bardziej się sprawdzały, ale były punkty pewne: po zrealizowaniu opowiedzieć babci jak było i co będzie dalej. a teraz? teraz jej nie ma i nie wiem co mam dalej robić... moje plany na przyszłość nie były bezpośrednio z nią związane, ale ja uwzględniały. teraz wszystko się zmieniło. jakby zniknęło pewne ograniczenie, bo zawsze trzeba było brać poprawkę na to, że babcia nie chodzi i trzeba będzie się nią zajmować. ale to nigdy nie był problem w realizowaniu niczego co sobie zaplanowałem. nigdy nie była ciężarem i nigdy nikt o niej tak nie myślał. jedna z najmądrzejszych osób jakie znam powiedziała mi: Babcia zawsze była i powiedzmy sobie szczerze - zawsze będzie. Nawet, jeżeli sama już nie otworzy Ci drzwi, kiedy do niej zapukasz. Mieć Babcię w sercu, to też bardzo dobrze. Są w tych serduszkach takie specjalne miejsca, na wyjątkowe osoby. Myślę, że Babcia to miejsce ma już od przynajmniej 27 lat. I przez najbliższe 30 też będzie miała. Dbaj o mamę bardzo teraz. Bo potrzebuje Ciebie prawdopodobnie jak nigdy dotąd nawet, jeśli wygląda na bardzo silną kobietę. I ucałuj ją proszę ode mnie. I uściskaj. Dbaj też o siebie. Bo jesteś teraz jedyną osobą drogą w życiu swojej mamy, która jej została. z całej licznej rodziny została mi teraz tylko mama... skoro tak boli teraz, to co będzie kiedy ona odejdzie? nie umiem sobie tego wyobrazić i nawet nie chcę o tym myśleć. wiem tylko że będzie to najcięższy dzień w moim życiu. własna śmierć mnie tak nie przeraża jak myśl o tym, że kiedyś zabraknie mi mojej mamy, a to jest przecież nieuniknione. płakać trzeba w samotności, tylko wtedy ma się z tego radość. mimo że od wczoraj nie liczę już nawet ile razy płakałem wyłem z bólu, to teraz po cichu też sobie chlipię, aby mamy nie obudzić. musi się wyspać i nabrać sił. babciu, kocham Cię, zawsze byłaś, jesteś i będziesz ze mną. spoczywaj w pokoju. teraz już nic Cię nie będzie bolało, nie będziesz musiała łykać garści proszków do każdego posiłku i nie będziesz się musiała tak bardzo martwić o nas wszystkich. spotkamy się kiedyś ponownie i będziemy jak dawniej rozmawiać o wszystkim i w tajemnicy przed mamą się namawiać co robić. czekaj na mnie cierpliwie, jak zawsze to robiłaś. daj nacieszyć się życiem a nim zdążysz się obejrzeć znowu będę trzymał Cię za rękę. w żaden sposób nie mógłbym sobie wymarzyć lepszej babci od Ciebie.
niedziela, 14 marca 2010
weather fuckin
ZIMO WYPIERDALAJ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! dosc mam juz tej pierdolonej zimy, temperatury okolo 0 lub ponizej oraz tego jebanego sniegu!!! co z tym ociepleniem klimatu??? powinno byc zima 20 stopni na plusie!!! trzeba koniecznie zmienic strefe klimatyczna na jakas nadajaca sie do mieszkania...
Marzec dzień po dniu Najnowsze, szczegółowe prognozy na marzec 2010 roku dla poszczególnych regionów Polski znaleźć można w naszej prognozie 16-dniowej klikając tutaj. Marzec przyniesie nam dość łagodną odmianę zimy, ale nie zabraknie też fal mrozów i opadów śniegu. Sumy opadów będą oscylować na poziomie normy i powyżej niej. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczna wiosna nadejście później niż zazwyczaj, mimo iż przejściowo wiać będzie z południa cieplejszym powietrzem. Kwiecień mokry i chłodny Kwiecień będzie bardzo nieprzyjemny. Musimy się liczyć z dużą ilością mokrych dni i pochmurnym niebem. Dzięki temu temperatura będzie niska i może nie przypominać wiosny. Maj mokry i chłodny Maj nie będzie nam przynosić prawdziwej wiosny, ponieważ spodziewamy się częstszego niż zwykle w tym miesiącu napływu mas powietrza z północnego wschodu. Wędrujące nad Europą mokre układy niżowe często będą nam przynosić deszcze i deszcze ze śniegiem. W pogodne noce i poranki możliwe są większe przymrozki. Czerwiec suchszy i cieplejszy Najprawdopodobniej dopiero czerwiec przyniesie nam wyzwolenie od pogody chłodnej i mokrej. Będziemy mogli wreszcie liczyć na więcej słonecznych i gorących dni. Lipiec i sierpień słoneczne i gorące Sezon urlopowy i wakacyjny minie pod znakiem sprzyjającej pogody. Nasze prognozy nie wskazują na dłuższe fale ulew i chłodów, dlatego nie trzeba się ich obawiać. Często będzie słonecznie i gorąco. Spodziewamy się silnych fal upałów. Na południu kraju będzie nieco chłodniej i bardziej wilgotno niż w innych regionach Polski. Wrzesień słoneczny i ciepły Wczesna jesień nie przyniesie nam większych anomalii pogodowych. Spodziewamy się spokojnej aury ze sporą ilością pogodnego nieba i ciepłym powietrzem. Październik słoneczny i ciepły Złota polska jesień minie pod znakiem słonecznej, suchej i bardzo ciepłej aury.
piątek, 01 stycznia 2010
Happy New Year! :)
jak w temacie: najlepszego! :) postanowienia noworoczne: chodzić na basen przynajmniej raz w tygodniu (zaliczyć 52 wyjścia w roku), więcej sie ruszać, zrobić przynajmniej 500km na rowerze, pojechać w jakąś trasę po Polsce na motocyklu, znaleźć nową pracę!!! jak mi się coś jeszcze przypomni, to dopiszę ;)
czwartek, 29 października 2009
bye bye my friend...
no to stało się - sprzedałem skuterek :( nawet nie wiecie, jak bardzo jest mi smutno z tego powodu... był to mój pierwszy mechaniczny pojazd. mój pierwszy jednoślad nielicząc roweru. może i komicznie na nim wyglądałem - 26 latek poginający na skuterku, podczas kiedy 16-latki mnie wyprzedzały na swoich chinolach po tuningu. ale zawsze... to na nim nauczylem się jeździć po ulicach wielkiego miasta, to na nim zaliczyłem pierwszą stłuczkę, to na nim zjeździłem wzdłuż i wszerz całą Warszawę - nie ma ani jednej dzielnicy w której bym na nim nie był. poza tym, to była ostatnia rzecz, jaką miałem po ojcu... 2-go mija rok, jak go nie ma. w ciągu tego czasu myślałem sobie trochę o nim. raz pozytywnie, a raz nie jak zwykle. z perspektywy czasu niektóre rzeczy wydają się głupie inne mało istotne a jeszcze innych powinienem się wstydzić. ale było jak było i inaczej nie będzie. szybko zabrał się z tego świata i już nic tego nie zmieni. tymczasem sprzedając mój skuterek naprawdę łza w oku mi się kręciła. czułem się, jakbym wystawiał do wiatru najlepszego przyjaciela. wiernie i dzielnie mi służył, woził wszędzie, mało palił, był poręczny gdyż nawet walizkę czy telewizor mogłem nim przewieźć... no i od końca kwietnia 2008 do początku listopada 2008 zrobiłem nim 8000km, a w tym roku kolejne 6400km, co daje mu łączny dystans 14400km w jakieś 11 miesięcy jazdy, bo nie liczę zimy kiedy stał w ciepłym garażu. będę tęsknił za nim. naprawdę będę...
poniedziałek, 19 października 2009
a car
od dzis jestem posiadaczem, a raczej wspolposiadaczem, Opla Corsy C z 2004 roku. zrujnowalem sie na niego, bo koniec koncow kosztowal 14500zl, ale mam nadzieje, ze bedzie dlugo i wiernie sluzyl, jako miejski mulek roboczy. kolor i wyglad moze i malo meski, ale coz... oby tylek w ciepelku do pracy wozil podczas zimy, a latem do wypadow wszelakich sluzyl. troche sie tego wszystkiego boje, ale ponoc jesli nie ma ryzyka, to nie ma zabawy...
piątek, 16 października 2009
a lot things happened since last time I've been here
od czego by tu zaczac... po powrocie z Egiptu praca mnie tak przygniotla, ze bardzo szybko zapomnialem wakacjach. w ciagu dwoch pierwszych tygodni wrzesnia zrobilem 40 godzin nadgodzin czesto do domu wracajac kolo polnocy lub pozniej. teraz sie juz uspokoilo, ale poczatek wrzesnia to byla makabra. fakt, ze nieco wiecej kasy wpadlo do kieszeni i nie mozna tym pogardzic, ale chyba nie takim kosztem... udalo mi sie obronic, o czym pisalem w poprzedniej notce, kiedy to na chwilke tu wpadlem i nie mialem sily pisac nic wiecej. moje kochanie w tym czasie zdazylo dwa razy oblac egzamin na A. za pierwszym razem na placu, bo sie za bardzo zdenerwowala, a za drugim razem na miescie. zalamana jest strasznie z tego powodu, bo bardzo chciala w tym roku prawko dostac, a teraz jak z pogoda jest kazdy widzi. kolejne podejscie na poczatku listopada. z jednej strony bardzo jej wspolczuje bo wiem, jak bardzo jest sie rozgoryczonym po minimalnym bledzie ktory generuje mase dodatkowych kosztow i klopotow. a z drugiej strony nadal nie jestem pewien czy ja naprawde chce aby ona miala prawo jazdy na jednoslad... widze jak bardzo trzeba byc skupionym i miec oczy dookola glowy jezdzac na motocyklu i wiem, ze ona nie ma takiego wyczucia ani plynnosci w jezdzie. oczywiscie jest to do nauczenia sie, ale ona nie chce slyszec o skuterze. ja przez rok powolutku uczylem sie jezdzic w ruchu miejskim bzyczac na mojej 50-tce, lacznie zrobilem w zeszlym sezonie na niej 8000km a w tym do stluczki dobrnalem do 13500 mniej wiecej, teraz na liczniku jest jakies 14500, wiec jest to calkiem duzo biorac pod uwage ze jezdzilem na nim tylko po miescie i tylko od kwietnia do konca pazdziernika a w tym roku jakos od polowy marca do lipca tak naprawde. zatem naprawde calkiem sporo kilometrow nabilem i caly czas tylko w ruchu ulicznym. ehhh... chcialbym aby byla szczesliwa, ale jesli ma sobie krzywde na jednosladzie zrobic, to moze lepiej zeby nie miala tego papierka? moja mama wczoraj miala 56 urodziny. na chwilke tylko do domu wpadlem, bo przez ostatnie dwa dni autobusem do pracy jezdze. zimno, mokro, slisko i bloto posniegowe na ulicach bylo, wiec nie bardzo chcialem ryzykowac na motocyklu. dzis jest ladniej, wiec moze na nim sie wybiore. 13-tego byly wyniki babci i diagnoza jest dosc jasna - guz na lewym plucu a do tego jakis tetniak kolo aorty. czas ucieka, wiecznosc czeka...
środa, 30 września 2009
:)
19 wrzesnia obronilem sie na moich podyplomowych studiach :) a teraz szukam pracy, zeby cos zmienic, bo mi sie w mojej totoalnie popieprzylo...
sobota, 22 sierpnia 2009
egipt... going to :)))
no to zesmy zaszaleli! 5 gwiazdkowy hotel w egipcie :))) wyjazd w poniedzialek, a ja jeszcze nie spakowany nawet jestem. najwazneijsze ze wszystkie dokumenty mamy i lot juz potwierdzony, zatem off we go :) ale nim to, to teraz jeszcze nad moja praca posiedziec chwile musze. w koncu przydaloby sie ja dokonczyc. dzis chce rysunek zrobic i spis tresci, a pozniej bede sie zastanawial czy cos jeszcze zrobic musze. a wczoraj przypomniala mi sie jedna z moich mlodzienczych milosci ;) http://www.youtube.com/watch?v=-SAZrROyBWI&feature=related czyz ona nie jest sliczna??? a nawet jesli komus sie nie podoba, to przynajmniej musi przyznac, ze jak na niemke jest piekna!!! :)))
czwartek, 20 sierpnia 2009
1,2,3 and you hit the ground...
no to stalo sie - pierwsza gleba na motocyklu zaliczona. jak to zwykle bywa, gleba w jeden z najglupszych z mozliwych sposobow :/ jadac dzis do pracy, jechalem sobie jak zawsze spokojnie i nie na wyscigi. droga jest jednojezdniowa z dwoma pasami ruchu, po jednym w kazda strone. tuz przed skrzyzowaniem robia sie trzy pasy - lewy do skretu w lewo, srodkowy do jazdy na wprost i prawy do jazdy na wprost i skretu w prawo. dojezdzajac do skrzyzowania, jak zawsze widzac troche wolnego miejsca chcialem zajac prawy pas, zeby byc blizej swiatel i po zmianie smignac sobie szybko. niestety... troche nie wymierzylem i okazalo sie, ze za malo miejsca miec bede pomiedzy ciezarowka stojaca na srodkowym pasie a kraweznikiem, zeby przejechac po jezdni. toczac sie powoli zamiast zahamowac i poczekac jak normalny i myslacy czlowiek, postanowilem przejechac przez kraweznik i zjechac z drugiej strony... nie wiem co mnie podkusilo... jak ostatni debil wylozylem sie oczywiscie, bo zle najechalem na ten cholerny kraweznik. zarzucilo mnie i nie utrzymalem motocykla i polozylem go na lewa strone... ale to byl dopiero poczatek przygody. chcac go podniesc, nie bardzo moglem sobie dac z tym rade, bo ciezka jest ma Zuzia, wiec probojac postawic ja do pionu jeszcze sie oparzylem nad butem... dobrze, ze mam B2 Sidi, bo inaczej mialbym mega duzego czerwonego placka z oparzeniem na calej lydce, a tak mam tylko babel o dlugosci 2-3cm. generalnie - dupa nie motocyklista ze mnie :( w tym roku mialem juz stluczke i to miesiac temu, zatem nie chcialbym aby stalo sie regula, ze co miesiac laduje na ziemi z jednosladem! na poczatku sezonu dwa razy skuter polozylem! najpierw zawracajac na chodniku, troche za duzo gazu dodalem i mna rzucilo, wiec zahamowalem trzymajac go mocno polozylem delikatnie na ziemi. innym razem, chwycilem bzyczka jak rower za lewa strone kierownicy i domyslacie sie, co sie stalo - pociagnal mnie na prawa strone, a ze lekko go trzymalem, to nie mialem szans utrzymac i polecialem z nim na prawy bok. wrrrrrr... co za pierdola!!! ja wiem, ze gleby sie zdarzaja, nawet ostatnio myslalem sobie, ze calkiem fajnie ze juz ponad 1500km zrobilem na mej Zuzi i nie mialem zadnej sytuacji, kiedy bym sie spocil. a tu masz babo placek... straty - porysowany kufer, delikatnie zarysowane kierunki z prawej strony, zarysowany prawy gmol, prawa klamka hamulca oraz prawa raczka kierownicy. no i najgorsze - troche mi sie blotnik przedni odksztalcil i opona zaczela obcierac o niego. jak dojechalem do pracy, to to poprawilem, ale nie wiem na jak dlugo. bede chyba musial go troche odgiac - skoczyc gdzies gdzie plastiki spawaja i nagrzeja go troche i ciach ciach i powinno byc lepiej. z innych rzeczy, to kupilismy dzis sobie buty do chodzenia w wodzie oraz maski i fajki do nurkowania. w koncu wycieczka do pieciogwiazdkowego hotelu tuz obok rafy zobowiazuje ;) ciekawe tylko, czy moje oparzenie sie zagoi, bo nie wyobrazam sobie siedzenia w Egipcie bez kapania sie. to byu byla totalna porazka... ktos zna sposob na szybsze gojenie sie oparzen? bo generalnie to moczyc ich chyba wlasnie za bardzo nie wolno...
niedziela, 16 sierpnia 2009
i don't want to...
nie chce mi sie... ale jak mi sie nie chce siedziec i pisac tej cholernej podyplomowki... samo studiowanie bylo naprawde fajne, ale pisanie tej pracy idzie mi jak krew z nosa. zaczalem juz dosc dawno temu i teorie cala zrobilem chyba nawet w maju albo w czerwcu. pozniej robilem czesc obliczeniowa, aby ja skonczyc definitywnie wczoraj - chyba po ponad miesiacu przerwy w pisaniu. czyli znowu musialem przysiasc, zobaczyc co i jak i przypomniec sobie co to ja zrobic w tej pracy mialem i chcialem. ale pocieszam sie, ze to juz finisz, choc na koniec zostawilem sobie to, co najgorsze. mam dzis jeszcze jakies 6 godzin czystej pracy przed soba i musi wystarczyc, zeby wiekszosc rzeczy zrobic. moze zostac sama kosmetyka, ale rzeczowe sprawy musze dopiac. a za oknem tak pieknie... slonko swieci, 20 kilka stopni jest, idealna pogoda na rower... w koncu fortune w tym miesiacu wydalem! nie wspomne o butach i spodniach na motocykl, ktore jakies 1200zl lacznie kosztowaly. do tego 120 za serwis roweru mej pieknej i 250 za moj - wymiana klockow, czyszczenie i ustawienie napedu, rogi i ogolny przeglad i smarowanie wsystkiego co sie da w rowerze. nic w nim nie robilem od 2004 roku, kiedy go kupilem, wiec musle ze 50zl na rok za utrzymanie, to w miare przyzwoita cena. aaa! no i 250zl za serwis mej Suzi... :/ okazalo sie, ze sruby sa przerdzewiale i urwane, wiec nie mieli jak wydechu zdjac. musieli rozwiercic i jakies sprezynki powsadzac, bo inaczej nic sie z tym zrobic nie dalo. nie bardzo wiem o co chodzi, ale ufam ze Piotrek mnie nie nacial. policzyl mi w sumie za sam czas, ale chyba nie musze mowic jaka jest stawka godzinowa w autoryzowanym serwisie, prawda? kolejne 250zl do wydatkow... ciezko mi sie bedzie pozbierac z tym wszystkim na koniec miesiaca i we wrzesniu ostro pasa zaciskac musze, zeby jakos w pazdzierniku na prosta wyjsc. a do tego przyszedl nam rachunek na doplate za wode - 250zl za 3 miesiace! wiedzialem, ze nam dopieprza, ale ze az tyle, to sie nie spodziewalem. ehhhh... koszty, koszty, koszty... chcialo sie zyc na wlasna reke, to sie teraz ma, prawda? wracam do pisania, bo w koncu nic dzis nie zrobie... |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|